Wieczory
Sobotni turniej: osiem rąk na stole finałowym
Dwadzieścia cztery osoby, trzy stoły i jedna tabliczka przy wejściu do chłodni. Tak wyglądała sobota, kiedy w sali rozległy się oklaski po ostatnim rozdaniu.
Relacja
Od trzech stołów do jednego
Pierwsze rozdanie padło o dziewiętnastej. Trzy stoły były zajęte do ostatniego miejsca, a wokół nich stały krzesła z obserwatorami, którzy przyszli bez zapisu i zostali, bo nie umieli odejść. Aleksandra Fijałkowska przywitała wszystkich uprzejmym kiwnięciem głowy i zapowiedziała, że pierwszy poziom potrwa dwadzieścia minut. W sali zapadła cisza.
Przy pierwszej przerwie wciąż było szesnaście osób. Jadalnia podała sękacz i herbatę, a hostessa wyniosła na dół tacę z kompotem z suszu, który wszyscy wypili do dna. Po przerwie jeden ze stołów rozwiązano, a jego uczestnicy dostali miejsca przy dwóch pozostałych. Gra nabrała tempa i pojawiły się pierwsze okrzyki.
Przy stole finałowym zasiadło ośmioro graczy: pan Jerzy, stały bywalec, dwie panie z Gołdapi, trzech młodych mężczyzn z drugiego końca powiatu, nauczycielka z sąsiedniej gminy i pan z żoną, którzy przyjechali na weekend. Wszyscy grali z uwagą, której nie widziałem u nikogo od miesięcy.

Ostatnie rozdanie
Cztery osoby, dwie, jedna
Po godzinie finału zostały cztery osoby, po następnej dwie. Ostatnie rozdanie krupierka zapowiedziała głośno i w sali nikt się nie ruszył. Gdy jedna z pań złożyła karty, rozległy się oklaski, a zwyciężczyni, nauczycielka z sąsiedniej gminy, wstała, podała rękę i powiedziała, że dziękuje za wieczór.
Co powiedzieli goście
Po turnieju nauczycielka powiedziała, że nigdy nie grała z takim spokojem. Dwóch młodych mężczyzn z drugiego końca powiatu zapytało, czy mogą wrócić w następną sobotę bez zapisu. Odpowiedzieliśmy, że mogą przyjść i patrzeć, a gdy zwolni się miejsce, usiądą. Wyszli o pierwszej w nocy, uśmiechnięci i trochę zdyszani, jakby sami rozgrywali finał.
Tabliczka przy wejściu
Mosiężną tabliczkę z jej imieniem przybiłem przy wejściu do chłodni jeszcze tej samej nocy. Zwyciężczyni potrzymała puchar w rękach, uściskała go i oddała hostessie, która zamknęła gablotę. Do domu puchar nie trafia, ale imię zostaje, i wydaje mi się, że to przyjęła z większą radością niż jakąkolwiek nagrodę. Przy drzwiach stała jeszcze długo grupka gości, którzy nie mogli się rozstać. Rozmawiali o rozdaniu z godziny dwudziestej trzeciej, jakby wydarzyło się wczoraj. Zrozumiałem wtedy, że turniej kończy się dopiero wtedy, kiedy ostatni uczestnik opowie o nim komuś, kto go nie widział. Dodam jeszcze, że wszystko to opisuję bez żadnej przesady, bo tak właśnie było i tak chcemy to zapamiętać.